Jeszcze niedawno planszówki kojarzyły się z „Chińczykiem” i „Monopoly”. Dziś regały pękają od tytułów: szybkie karcianki, eurogry z elegancką mechaniką, kooperacje, w których cała ekipa gra „przeciw planszy”.
Skąd ten boom? Po pierwsze — kontakt. Po całym dniu przed ekranem miło usiąść z ludźmi przy stole. Planszówka wymusza rozmowę, żarty, czasem lekkie negocjacje. Po drugie — design. Nowe gry są piękne: ilustracje, pudełka, komponenty. Chcesz to postawić na półce. Po trzecie — różnorodność trudności. Są tytuły na 15 minut i takie na długie zimowe wieczory. Nie trzeba „umieć w matematykę”, żeby się dobrze bawić.
Polska dołożyła tu sporą cegłę. Działa wielu wydawców, którzy lokalizują światowe hity i promują naszych autorów. W weekendy kluby planszówkowe pękają w szwach, a kawiarnie z wypożyczalnią gier stały się naturalnym miejscem spotkań. Co ważne, coraz więcej rodzin gra z dziećmi — to świetny trening cierpliwości, planowania i… przegrywania bez fochów.
Dla początkujących dobry start to: szybka karcianka „na rozgrzewkę”, kooperacja, w której „giniemy razem”, i jedna gra o budowaniu małego silniczka punktów. Potem apetyt rośnie sam.