„Uncut Gems” braci Safdie to film, który nie daje oddychać. Kamera nie odpuszcza ani na sekundę, dźwięk drapie, tempo przyspiesza, a widz czuje się jak gracz, który postawił wszystko na jedną kartę i zapomniał, że jeszcze żyje.
Howard Ratner (Adam Sandler w najlepszej roli w karierze) jest jubilerem z Nowego Jorku, ale w praktyce – handlarzem emocjami. Każda transakcja to dla niego zakład, każda decyzja – obstawienie. Sprzedaje diamenty, ale sam błyszczy jak automat do gier: mieni się obietnicami, dźwięczy euforią, a w środku ma tylko mechanizm, który nigdy nie mówi „stop”.
Hazard u Howarda nie jest hobby, to metoda życia. On nie gra dla pieniędzy – gra, żeby coś czuć. Im większe ryzyko, tym bardziej jest sobą. Każda chwila stabilności to dla niego nuda, każdy sukces – punkt startu do nowej katastrofy. Ta logika napędza film jak turbina.
Reżyserzy pokazują hazard nie w konwencji glam Las Vegas, tylko w wersji klaustrofobicznej. Zamiast neonów – duszne korytarze lombardów, zamiast krupiera – facet z pistoletem, który chce swoje pieniądze. Każdy dług jest nowym losem na loterii.
Ważny jest rytm. Safdie montują film jak ciąg impulsów: telefon, krzyk, transakcja, bieg, zakład, ucieczka. Widz czuje zmęczenie, ale i dziwną fascynację. To właśnie ten stan, który znają gracze: totalne skupienie w chaosie.
Sandler nie gra tu komika, tylko człowieka z dziurą w środku. W jednej scenie wygrywa fortunę, w drugiej stawia ją z powrotem na boisku NBA. Kiedy wreszcie los się do niego uśmiecha, nie potrafi się zatrzymać – musi postawić więcej, dalej, szybciej. Bo szczęście bez ryzyka jest dla niego bez smaku.
„Uncut Gems” to film o uzależnieniu od adrenaliny, nie od pieniędzy. O człowieku, który zamienia życie w niekończący się zakład. W ostatnich minutach, kiedy ekran wypełnia światło i dźwięk, czujesz katharsis: może dlatego, że to wreszcie cisza.
To kino, które boli, ale zostaje w głowie. Pokazuje, że hazard nie kończy się w kasynie – zaczyna się wszędzie tam, gdzie człowiek wierzy, że „tym razem się uda”.